Przejażdżka po obronie

Powrót do Poznania

 Zwijam się z rana, by ruszyć w drogę powrotną, trochę na około, do Poznania. Moje przewidywania okazały się słuszne, wokół rozpościera się gęsta, zamarzająca mgła i prześwituje słoneczko. Niezbyt wymarzone warunki, ale przynajmniej jest ładnie. Mgła powoli ustępuje i robi się cieplej.

W Wieleniu spotykam grupkę rowerzystów, którzy ustawili się tutaj na spotkanie (mamy niedzielę). Budzę lekkie zdziwienie, chwilę gadamy. Dostaje namiary na ichni klub rowerowy, na którego spotkanie zmierzają. Ja jednak jadę w przeciwnym kierunku, do Piły. Oprócz kawałka z betonowych płyt, dojazd nie nastręcza trudności. Nawracam na Chodzież, przecinając ponownie Noteć. Przed dalszym zapieprzaniem wstrzymuje mnie skurcz w łydce, dobrych parę minut zajmuje by odpuścił na tyle, by dało się jechać dalej.

Pogoda tego dnia była całkiem przyjemna, nawet daje się jechać bez kurtki. To jednak oznacza, że noc będzie miała podobny charakter co poprzednia. Zaczynam poszukiwać dobrego miejsca na nocleg, jednak ponownie zastaje mnie zmrok. Z braku lepszego pomysłu bunkruje się wewnątrz starego, dużego przystanku PKSu. Nie gwarantuje to zbyt dobrego snu, bo droga jest dość uczęszczana, ale przynajmniej jest osłona od wiatru.

Rano odpalam kuchenkę, zjadam śniadanie i ruszam na Poznań. Do Obornik ruch jest intensywny, ale bez sensacji. Dopiero w mieście i za nim zaczyna się zabawa, pojawia się tłok i zakazy na drodze oraz badziewna pseudościeżka przez parę kilometrów. Swoje robi też temperatura, na otwartym terenie zdrowo mrozi, słodzony płyn w bidonach zaczyna zamarzać. Trochę dobrego pobocza, a potem fatalny wjazd do miasta, wytłuczoną drogą. Tym razem przejazd przez miasto sprawia mi sporo trudności. Jadę na chama krajową dwójką, a potem na Koziegłowy.  Poruszanie się tutaj nie ma nic wspólnego z przyjemnością. Odbijam na Swarzędz i za miastem wyjeżdżam na naleśnik niziny Wielkopolskiej. Tempo spowalnia wiatr w pysk, wyjątkowo nie na rękę. Tego dnia dojadę tylko do granicy zaborów, przed Pyzdrami. Zanim zjadę w dół nad Wartę, rozbijam się w starym sadzie.

Ewakuacja

O dziwo cała noc przespana bardzo dobrze, ale rano powstaje drobny problem, cały tropik na namiocie zamarzł, łącznie z zamkiem. Nie udaje mi się go bezstratnie otworzyć, nie mam już zatem opcji zamknięcia namiotu. Swoją drogą, będzie to doskonały pretekst, by kupić na przyszłość coś lepszego. Zwijam szybko zamarznięte szmaty i ruszam, aby się rozgrzać. Na szczęście wiatr już nie dokucza, ale od komfortu cieplnego daleko. Dwie chińskie zupki ułatwiają transfer ciepła, można ruszać. Świeci słońce, jadę byle dalej.

 W Uniejowie zaczyna się ściemniać, robię zatem ostatnie zakupy i mogę ruszać w stronę Łodzi. Decyduje się na nocną jazdę, choć opuszczony magazyn kusił. Mam jeszcze sporo sił. Praktycznie bez większych przerw przejeżdżam aglomerację, Ozorków, Zgierz, aż do Strykowa. Za tym miastem zaczyna się długa prosta, aż do Łowicza. Zero manewrów, zero ruchu, cisza i moje myśli. Miałem plan, by właśnie w Łowiczu złapać poranny pociąg. Ląduje tam po trzeciej w nocy, do porannego zostało dużo czasu. Mam jeszcze siły by jechać dalej, ale postanawiam coś zjeść. Podczas grzania posiłku schodzi ze mnie energia, oraz ogarnia sen. Drzemię przez godzinkę, aż do przyjazdu pociągu.

W KaMce staram się nie spać, ale trochę nie wychodzi. Dojeżdżam na Wschodnią, poranna rundka i ląduje w domu.

Pomimo nieprzygotowania i dość nieciekawych warunków, cały wyjazd uważam za udany. Udało się zebrać sporo gmin i spędzić ciekawie ferie. Wszystko to, czego doświadczyłem, przydało mi się niebawem.

Wszystkie zdjęcia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.