Chilijskie Altiplano

Następnego dnia mam już tylko kawałeczek do głównej drogi. Mijam pusty posterunek Carabineros i widzę podnoszące pył ciężarówki z kopalni boraksu. Przypomniałem sobie o zakopanym w sakwie lusterku na kierownicę. Do tej pory kompletnie zbyteczne, ale teraz się przyda do slalomu na szerokiej, dziurawej drodze. Jeszcze tylko okulary na oczy i można ruszać w pył.

Następne wulkany na horyzoncie

Dzięki kopalni, droga jest w całkiem przyzwoitym stanie utrzymania i jedzie się sporo łatwiej niż wczoraj. Droga zalicza kilka dołków, między innymi rzekę Lauca, największy strumień w okolicy. W zasięgu wzroku pojawia się też kolejny aktywny wulkan, Guallatiri.

Wulkan Guallatiri

Jadę przez wioski Guallatire i Ancuta, wraz z ciężarówkami. Odbijam w bok w stronę jeziora Chungara, tutaj będę miał spokój. Tędy już nikt nie jeździ, a droga jest miejscami kompletnie zadeptana przez kopyta wikuni. O dziwo da się jechać.

Chyba mało kto, poza wikuniami, się tędy porusza

Miejscówkę na noc zaklepuję nieopodal gorących źródeł. Te są dostępne w małym, murowanym budynku. Woda jest jednak cholernie gorąca i wymaga zabawy z wystudzeniem. Trzeba zatkać odpływ, a potem dopływ i poczekać, aż będzie dało się z niej skorzystać. Jest to też najwyższy punkt noclegowy, ponad 4400 metrów.

Miejscówka noclegowa przy kolejnych termach

Myślałem, że będę miał na tym zadupiu spokój. Nikt nie jeździ przecież drogą, którą tu przyjechałem. Nie spodziewałem się jednak tego, że ktoś może nadjechać od strony przełęczy. Także w nocy przyjechały jakieś turysty skorzystać z gorących źródeł. Nie miał bym im tego za złe, jakby się nie darli przy włażeniu do wody, niczym banda kastratów. Zaraza.

Nad ranem z powrotem miałem spokój. Poszedłem podgrzać wodę w bidonie oraz miskę z żarciem przy wykorzystaniu ekologicznego źródła ciepła. Na zewnątrz dla odmiany, spory mróz. Po rozgrzewce czas na ostatnią przełęcz 4700, z której dostanę dobry widok na kolejny wulkan, Parinacotę.

Po lewo wulkan Parinacota, po prawo Boliwia

Parę kilometrów i ląduję na asfalcie, na przejściu granicznym z Boliwią. Granicy nie przekraczam, więc omijam budki pograniczników. Żadnej pieczątki od nich nie chcę, ani nie potrzebuję.

Wylewy lawy utworzyły jezioro i kilka mniejszych

Droga jest w przebudowie, leje się świeży asfalt, z lekką korektą profilu. Dzięki mijankom, mogę sobie swobodnie jechać, mając po prawej stronie wulkan. Pod wulkanem, oprócz dużego jeziora Chungara, znajduje się także dużo mniejszych. Stąd wypływa rzeka Lauca, którą przecinałem wczoraj. Kawałek dalej, tworzy ona spore mokradła, które przyciągają zwierzęta. Przy drodze utworzono nawet kilka punktów widokowych. Wikunie w Chile są raczej płochliwe, a tutaj udało się podejść je najbliżej.

Nawet to ładne

Jeszcze jeden mały podjazd, a za nim droga w dół do miasta Putre, jedynego gęściej zaludnionego miejsca w regionie. Tysiąc metrów w dół, a w niektórych miejscach przypalanie hamulców.

Jedyne miejsce, gdzie możesz uzupełnić zapasy

Można tutaj zjeść i uzupełnić zapasy, co niniejszym czynię. Wracam stąd do punktu zero, czyli na wybrzeże, w stronę jedynego przejścia granicznego z Peru. Jednak droga nie jest tak fajnie wyprofilowana, jak trasa z Iquique, będę miał jeszcze masę górek po drodze w dół. Dzień skończę na poziomie ledwo 3200, niewiele niżej niż wysokość Putre.

Zium w dół, nad ocean

Został ostatni fragment do jazdy w dół, 3000 metrów na 100 kilometrach. Idzie szybko, około pierwszej docieram do Arici. Tutaj robię ostatni przystanek przed granicą.

Najpierw usiłuję załatwić sobie zapasowe łożyska do piasty. Poprzedni zapas zużyłem podczas wymiany w Iquique, a warto mieć je pod ręką. Zakładałem, że będzie dużo prościej kupić je w Chile, niż potem gdziekolwiek indziej. Przy pierwszym podejściu nie udaje mi się niczego zakupić, ze względu na „sjestę”, większa część sklepów i warsztatów nie funkcjonuje. Pozostaje jedynie udać się do hostelu.

Hostel, do którego trafiłem był dość ciekawy. Nie tyle samo miejsce, ale jego właściciel. Bardzo uprzejmy i pomocny starszy pan, władający nienaganną angielszczyzną. Oczywiście nie był Chilijczykiem, urodził się w Nowej Zelandii. Teraz prowadzi hostel, w miejscu, w którym przez cały rok świeci słońce, a temperatura oscyluje w okolicach 20 stopni. Skorzystałem z użyczonego podwórka i umyłem rower z pyłu, oraz zajrzałem do środka piasty. Wydawało się, że wszystko ok, więc poskładałem całość z powrotem.

Po godzinie 17 z powrotem wyruszyłem do hurtowni z łożyskami, tym razem była otwarta. Wytłumaczyłem co chcę, po chwili dostałem z magazynu 4 sztuki łożysk. Niestety sprawdziłem tylko jedną. Dopiero w hostelu okazało się, że dwie sztuki są z zamienionych opakowań, w innym rozmiarze. Sprzedawca już czekał na mnie przy wejściu, bo sam zorientował się o pomyłce. Takim sposobem naspacerowałem się na zapas.

Przy okazji skorzystałem trochę z wiedzy właściciela hostelu i zacząłem się wypytywać o niektóre rzeczy, np. skąd się wzięły te wyludnione wioski w górach. Otóż, jak prawie wszystko w tej części Ameryki, jest to konsekwencją Wojny o Pacyfik. Chile wygrało ją zupełnie, przejmując cały pas wybrzeża oraz okupując regiony Tacna i Arica. Wedle traktatu z Ancon, o przynależności obu regionów miał zdecydować plebiscyt, w 10 lat po podpisaniu traktatu. Tak jak w Europie, starano się wygrać go na wszelkie sposoby. Stąd tereny w górach zamieszkane przez ludność popierającą Peru, starano się wysiedlić. Wszystko, aby plebiscycie, do którego nigdy nie doszło, padł właściwy wynik.
Kluczem do zrozumienia jak obecnie wyglądają Peru, Boliwia i Chile, jest historia Wojny o Pacyfik i jej konsekwencje.

Czemu taka trasa? Tak, Chilijskie Altiplano jest wyraźnie nie po drodze do Peru. No i kiepska szansa na aklimatyzację, gdy pomiędzy poziomem morza, a płaskowyżem w okolicach 4000 metrów nie ma nic pośredniego. Potraktowałem jako szansę na zdobycie nieco wprawy na nachodzące większe wysokości w Peru.

Przejście graniczne na horyzoncie

Z rana podjechałem jeszcze do sklepu, aby kupić parę rzeczy dostępnych tylko tutaj. Żegnam się na dłuższy czas z Chile i wjeżdżam do zupełnie nieznanego mi Peru.

Jedna myśl do “Chilijskie Altiplano”

  1. Brawo TY, Jaśku. Powodzenia w dalszej drodze. Uważaj na siebie. Wiatru w plecy. Do zobaczenia na „Zlocie”. Trzymaj się, pisz i rób zdjęcia. Cześć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.