Góry Wschodniomandżurskie

Pierwszy dzień wzdłuż granicy zafundował mi kolejne monsunowe deszcze. Do późnej nocy nie przestało padać, a pomimo grubych rękawic palce wymarzły mi do reszty. Zawinąłem się na nocleg w bardzo klimatycznym miejscu, z ledwością rozkładając namiot skostniałymi palcami. Następnego dnia okazało się, że miejscówka była miejscem pochówku, z którego nieopodal wystawały płyty nagrobne. Następnego dnia wybrałem miejsce obok cmentarza z pewną premedytacją. Stwierdzenie „święty spokój” nie wzięło się znikąd. Miejscówka noclegowa z dobrym widokiem. Nazajutrz mgły ustępowały, a temperatura znacząco się podniosła. Bez przeszkód minąłem checkpoint, na którym pomachano, żebym się nie zatrzymywał. Za miastem Linjiang droga traci status głównej i zdarzają się szutrowe fragmenty. Na takim fragmencie zostałem zatrzymany przez policjanta. Pierwsza myśl była taka, że pewnie nie wolno mi to być. Nic z tych rzeczy, po prostu chciał sobie zrobić ze mną zdjęcie :)

Z dziwnych rzeczy, oprócz widoków, są jeszcze dźwięki. W jednej z wiosek, z megafonów było słychać pompatyczne, zapewne propagandowe, nuty. W innej, budowlańcy na koparce, za pomocą klaksonów i łopat wybijali rytm. Pierwsze skojarzenie, to oczywiście grupa Stomp.
Na zupełnym zadupiu, pośród ciszy, usłyszałem dźwięk fletu. Zatrzymałem się na dłuższą chwilę, słuchając czyjejś gry i na daremne starając się dostrzec jej źródło pośród lasu. W pewnym momencie muzykę przerwał płacz dziecka, a flet umilkł na dobre.

Na tym odcinku wybudowano duży zbiornik retencyjny
Następnym etapem drogi jest jazda wzdłuż zbiornika Supung, wybudowanego, a jakże inaczej, za okupacji japońskiej. Za to droga wzdłuż jest nowa, wyremontowana i pełna długich, pustych tuneli. Bardzo dobra ucieczka od upału.
Szacuję, że w Chinach przejechałem przez większą ilość tuneli, niż w Norwegii, która z nich słynie. Jedynie co uprzykrzało jazdę, to sprzedaż obwoźna po wsiach. Polega to na tym, że z pickupa puszcza się zapętlony komunikat po chińsku i jeździ po wsiach. Jako, że prędkość takiego pojazdu jest porównywalna z rowerem, to hałas jest co najmniej denerwujący.

Za zaporą krajobraz zmienia się raz jeszcze, tym razem na rolnicze tereny z winnicami. Kanisterki z winem stoją na sprzedaż przy drodze.
Tutaj też mam spotkanie z wojskiem. Gdy przejeżdżam obok jednostki, zatrzymuje mnie żołnierz i w tempie ekspresowym organizuje kogoś, kto umie coś po angielsku. Tłumaczenie, że jadę do miasta, wystarcza. Zgodnie z prawdą, jadę do Jian, aby coś zjeść. Zajeżdżam do knajpy i kolejny raz wzbudzam zainteresowanie. Właściciele dzwonią gdzieś i dają mi telefon do ucha. Dowiaduję się, że jestem mile widziany i że oprócz tego co zamówiłem, dostanę pierożki w gratisie. Darmowe jedzenie zawsze w cenie, zwłaszcza, gdy je się za dwóch. Nie mają tu chyba zbyt wielu egzotycznych gości.

Z knajpy wyszedłem już po zmroku i pojechałem szukać miejsca na nocleg. Po drugiej stronie kompletne ciemności. Droga nieco odbija w bok, tam udało się znaleźć kawałek lasu.
Następnego dnia mijam ostatni checkpoint, przejeżdżam mostem nad rzeką Hun i żegnam się zarówno z prowincją Jilin, jak i ze strefą przygraniczną, w której spędziłem trzy dni i trzy noce. Granica prowincji, za którą droga odbija od granicy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.