Na południe

Rolnicze krajobrazy

gdzieś po drugiej stronie jeziora znajduje się Ostersund W nocy znowu burza, wiało solidnie, ale namiot był dobrze przymocowany. Rano wiatr został, przynosząc też słońce i ciepło. Pierwsze fragmenty szły dobrze, ale dalsza trasa jest odsłonięta, brak lasu, przez co jechało się wolno. Zajechałem ponownie do sklepu, bo tym razem długo innego nie będzie. Dalsza jazda również szła opornie, a mierne podjazdy nie chciały wchodzić, zabrakło energii. Sam BIG śmiechu wart, gdyby nie moje zmęczenie byłby dziecinnie łatwy. Widoków specjalnych też nie oferuje. Zjechałem w dół i zaparkowałem przy rzece.

Szutrowy dzień

W nocy dobrze piździło, pierwszy raz zapiąłem śpiwór (wow). Rano nie było dużo lepiej, więc śniadanie jadłem w kominiarce. Zabrałem manele i uzupełniłem w mieście wodę, bo ta w strumieniach nie spełnia warunku klarowności, brązowy syf. Udałem się boczną drogą do Flatruet. Na początku całkiem ciepło, ale szala przechyliła się w stronę mrozu. Całe stado, te już są trochę dzikie i płochliwe Warunki rekompensowała okolica, kompletne zadupie. Renifery dzikie, nie przypominające tych z Finlandii. Polecam! Zaliczony, a znowu zaczyna się pizgawica Pojazd na płaskowyż Flatruet był ciężki, otwarty teren. Widoki mierne, pizga złem, trzeba zwiewać. Zjeżdżam ze skostniałymi palcami i pustym żołądkiem, szukając osłoniętego miejsca, gdzie można by w spokoju coś wszamać. Niestety, takowe znajduję około 20km dalej, za przełęczą. Dopiero w Funasdalen najadłem się i zrobiłem sobie ciepłą kawę. Do miejsca noclegu przyjdzie mi jeszcze dwa razy nabić metry w górę, na wyjątkowo ciekawej drodze 311.

Nipstugan

Rano zimno i wietrznie, ale słońce wygląda zza chmur. Kontynuuję jazdę 311 do rozjazdu na Nipstrugan. Tutaj jem posiłek i zostawiam bagaż pod powalonymi drzewami. Jazda na górę, na lekko, jest iście ekspresowa, a widoki bardzo dobre. Takiej okazji nie można przepuścić, więc robię wycieczkę na najbliższą górę. Figura Nipgubben, lokalny stworek z legend. Przebłyski światła i gra cieni na zboczach porośniętych zielonymi porostami. Zjeżdżam na dół i na wszelki wypadek wymieniam trytkę w mojej sakwianej prowizorce. Przy powalonych drzewach ze 3-4 razy widzę jak przejeżdża gość i zwalniając gapi się na mnie. Pytanie otwarte, pilnuje, czy chce zapieprzyć? Opodal jest małe miasto, Idre. Uzupełniam zapasy i jadę na południe. Miejscówka do spania do najlepszych nie należy, w tutejszych rzekach i stumieniach płynie straszny syf, cholera wie czemu. Brak tu przemysłu, rolnictwa z resztą też.

Nawrót

Rano obudziły mnie dźwięki, wydawane przez wyjątkowo upierdliwego ptaka. Zjadłem śniadanie i ruszyłem do Salen, na kolejny podjazd. podjazd w stronę obecnej granicy, bez szału Widząc na GPS sklepy przed granicą, trochę się oszukałem. Jeden był nieczynny, a do drugiego nadłożyłem kilometrów, a asortyment nie powalał. Uzupełniwszy tańszy prowiant, wracam, w górę, do Norwegii. Pogoda dziwna, na podjazdach gorąco, na zjazdach marznący wiatr. W końcu dostałem go w plecy i pojechałem wzdłuż rzeki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.