Ostatnie chwile lata w Kirgistanie

Dojechałem do miasta, nazwanego na cześć czerwonego generała Frunze, które po odzyskaniu niepodległości z powrotem przemianowano na Biszkek. Znalazłem przyzwoitą ofertę cenową w hostelu Tunduk, podjechałem na miejsce. Zapukałem, zapytałem się co i jak. Nocleg i transfer na lotnisko w cenie lekko śmiesznej, jest po sezonie. Tak właściwie, to z turystów już nikogo nie ma, są studenci. Jest Kuba z Ukrainy, jest Sebastian z Niemiec i jeszcze parę innych osób, których nie wymienię.

Niestety, zapomniałem o tym, że ja już studentem nie jestem. Pod wieczór wzięliśmy piwo, potem wyciągnąłem chińską wódkę wiezioną w sakwie, potem poszliśmy chyba jeszcze po następne flaszki i zagrychę. Strułem się niesamowicie. Niemiłosierny kac nie byłby taki najgorszy, ale doszedł ból pleców. Czemu pleców? Kojarzycie kieszonki w kolarskich bluzach i koszulkach? No to miałem wrzucony do tylnej kieszonki klucz od szafki, z takim wielgachnym, drewnianym breloczkiem. Gdy autopilot zadziałał i udałem się na spoczynek, zasnąłem na plecach z tym pieprzonym breloczkiem. Księżniczką na ziarnku grochu nigdy nie byłem. Człowiek stary i głupi.

Na odsypianiu nocy zmarnowałem jeden dzień. Trzeba załatwić pewne sprawy, zanim wyjadę. Na przykład pójść do fryzjera i się trochę ogarnąć. Wyszukiwarka w telefon i wsiadam na rower. W pobliżu bazaru jest zakład fryzjerski, prowadzi starsza Rosjanka. Straszna gaduła. Cena usługi lekko śmieszna (10zł?). Przynajmniej mogę już pokazać się na kontroli paszportowej bez większych wątpliwości.
Przy okazji na bazarze kupuję kawałek liny. Po co? Wiecie chyba, jak niewygodnie targa się karton z rowerem. Dobrą opcją jest przywiązanie sobie grubszej liny do ramy, a dopiero potem zaklejenie kartonu. Łatwo wziąć całość na ramię, bez ryzyka rozerwania opakowania.

Apropos pakowania roweru na samolot, miałem jeszcze inne zadanie. Wykupiłem bilet powrotny do Pragi w tureckiej linii Pegasus. Cena była ułamkiem tego, co bezpośredni lot Aerofłotem do Warszawy. Tylko przez stronę linii lotniczej nie można było zaklepać bagażu specjalnego, jakim jest rower. Można wisieć na tureckiej infolinii, ale można też przejść się bezpośrednio do biura linii, które jest w Biszkeku. Jako, że nienawidzę załatwiać takich rzeczy przez telefon, idę bezpośrednio. Na miejscu udaje się załatwić dość szybko, w języku angielsko-rosyjskim. Mam potwierdzenie bagażu i ceny, jaką mam zapłacić na lotnisku w dolarach. Te akurat są łatwo dostępne, kupuję porcję w kantorze obok hostelu, pozbywając się namiaru kirgiskiej waluty.

Ze spraw organizacyjnych, kupuję jeszcze plecak na bagaż podręczny oraz zabieram karton spod marketu. Odpowiednio duży od stolika z Ikei. Ikea to marka premium w byłym sojuzie.

Co zrobić z resztą czasu? Odpocząć. W stolicy panuje przyjemna temperatura w okolicach 20 stopni, ze świecącym słońcem. Z hostelu jest piękny widok na białe góry. Uzupełniam kalorie i elektrolity. Wieczorami przyłażą do jadalni znajomi znajomych i robi się bardziej gwarno. Stopień rozumienia języków jest różny, niektórzy tylko po angielsku, niektórzy po rosyjsku, część po kirgisku. Typowy miszmasz hostelowy. Mi od używania rosyjskiego palą się obwody, bo nie używałem go latami i czasem znalezienie w głowie słowa trwa za długo. Nie mniej, w trakcie rozmowy z Amerykaninem, jedna z dziewczyn trafnie zauważyła, że chyba coś jest nie tak, skoro obydwaj przeszliśmy na rosyjski.

Czas na pakowanie, oklejanie taśmą i takie tam. Weryfikuję wagę, zarówno bagażu jak i swoją. Na koniec podróży nie odnotowuję żadnej utraty kilogramów, ważę tyle samo, co przed wyruszeniem w drogę. To oznacza, że żywienie było z grubsza prawidłowe.

Wylot mam o 6 rano, także wyjechać z miasta trzeba jeszcze w nocy, by dotrzeć na czas. Podwozi mnie ojciec familii zajmującej się hostelem. Taka tam gadka, zeszło na to, że szczyci się tym, że Kirgistan jest jedyną republiką parlamentarną w regionie, bez nieformalnego dyktatora. Cóż, my też mamy demokrację, tylko od 25 lat w telewizji widzę te same twarze. Przytaknął, że tu jest dokładnie tak samo.
Jeszcze po drodze pech, kontrola prędkości i coś chyba za dużo, trzeba łapówkę. Marny interes wyszedł z podwiezienia mnie na lotnisko.

Podchodzę do nadawania bagażu. Przychodzi do przekazania pudła z rowerem i uiszczenia opłaty. Gość chce ode mnie 50 dolarów, ale od odcinka (międzylądowanie w Stambule). Niestety, ale byłem osobiście w biurze i tam powiedzieli co innego, 50 dolarów i tyle mnie to obchodzi. Gość wypisuje rachunek, ale zaznacza tylko pierwszy odcinek. To oczywiście fikcja, bo bagażu rejestrowanego nie odbieram, więc z pracownikiem linii już do czynienia mieć nie będę. Cholernie nie lubię, gdy ktoś chce mnie wydymać na kasę. Bagaż przyjęty, bez pozdrowień. Pobieżna kontrola bezpieczeństwa i czekam na lot. Miałem jeszcze jakieś grosze w portfelu. Te grosze (mniej niż trzy złote) starczają, by kupić sobie napój w automacie. Na europejskim lotnisku nie do pomyślenia.

Pierwszy lot przespałem, a drugi był już krótki. Samolot znad wiecznego słońca przebija warstwę chmur i ląduje w jesiennej Pradze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.