Powrót na wybrzeże
Zwinąłem namiot i zjadłem tylko kilka brzoskwiń, o normalnym śniadaniu nie było mowy. Trafiłem na wylęg małych muszek, całe chmury. Dokręciłem do miejsca postojowego przy wodospadach, gdzie mogłem, już bez większych problemów, spożyć coś normalnego.
Droga wzdłuż jeziora Tornetrask jest dość ciekawa, ale wiatr w pysk i kropienie z nieba, nie ułatwiają jazdy. Ciągnę do granicy, gdzie robię dłuższy postój. Dobry moment, bo droga po drugiej stronie to niezły rollercoaster.
Niestety, po wymianie łańcucha nie podregulowałem przerzutek i łańcuch przeskakuje na niektórych kombinacjach. Przy niespodziewanym przeskoczeniu na podjeździe, zwykle sypię przekleństwami. Dziś poszło ich trochę. Po dojechaniu do łącznika z E6 robię postój na poprawienie stanu rzeczy, akurat w tym momencie dobrze lunęło. Wiaty przystankowe to jedna z moich ulubionych rzeczy, jako rowerzysty.
Dokręcam jeszcze do spokojnego miejsca, przy drodze na Lofoty i kończę dzień.
Droga na Lofoty
W nocy lało, a rano padało, nie zapowiadało się, że przestanie. Zjadłem śniadanie stojąc w mżawce, ubrałem się na deszcz, zwinąłem mokry namiot i pojechałem dalej. Jednak zostałem pozytywnie zaskoczony, szybko przestało padać, a niebo rozjaśniło się na większą część dnia. Podjechałem po zakupy i ruszyłem na wyspy.
Pierwsza trudność to wysoki most, wedle wskazań z tablicy wiatr 12 m/s z południa. Miałem lekki problem z utrzymaniem toru jazdy, bo rower był wyładowany po brzegi.
Dalsza droga wiedzie wzdłuż fjordu, aż do momentu, gdy przy Lodingen droga wskakuje w góry.
Od tego momentu widoki powodują opad szczęk. Przed tunelami posilam się, a potem kręcę dalej. Za podmorskim tunelem znowu pada, dokręcam do planowanego przebiegu i rozkładam mokry namiot. Przydałoby mu się trochę słońca.
Na wyspach
Rano, tradycyjnie już, padało. Gdy deszcz przeszedł w kropienie, zjadłem śniadanie i zwinąłem mokrą szmatę (namiot). Droga szła dobrze, dziś absolutne zero wiatru. Droga do Leknes jest dosyć tłoczna, a za miastem dodatkowo wąska. Wszystko wynagradzają widoki, im dalej, tym lepiej. Pogoda zaczyna dopisywać.
Pod końcówkę łapię się na dodatkową atrakcję. Budowane są nowe tunele, ruch jest wahadłowy, a rowerzyści są przewożeni wraz z rowerami przez teren budowy. Nie ma co się dziwić, ruch jest spory, choć raczej w odwrotnym, do obranego przeze mnie, kierunku.
W Moskenes zaznajamiam się z rozkładem promów i jadę dalej, aż do końca lądowej drogi, do Å. Robię nawrotkę i udaję się na upatrzone miejsce noclegowe, jedno z lepszych na trasie. Jezioro i względnie ciepło, idzie się wykąpać. Nastawiam budzik na pierwszy poranny prom do Bodo.