Nad Issyk-Kul

O poranku chmury ustępują

Rano niebo się przejaśnia. Jadę teraz do Karakol, dawnego Przewalska. Jestem od niego bliżej niż jeden dzień drogi, ale nie zamierzam jechać wprost. Najpierw trochę włóczenia się w pobliżu jeziora.

Zjeżdżam w boczne drogi

Jadę na piaszczysty cypel. Droga w większości jest jezdna. Pomiędzy krzakami jest pełno krzyżówek i dylematów, to teraz w lewo czy w prawo? No, ale mam w końcu swój prywatny kawałek plaży.

Prywatna plaża

Trochę leżę i odpoczywam, po czym udaje się w dalsze szukanie szlaku, w miarę możliwości z widokiem na jezioro. Dojeżdżam do Boz-Beszyk, potem muszę przepchnąć się przez czyjeś pole, bo droga zarosła.

Pokluczyłem trochę

Prędkość moja nie jest oszałamiająca, chcę jeszcze jeden nocleg zrobić w pobliżu jeziora. Jednak brakuje mi piwa. Jedyne, jakie jest dostępne w sklepiku w Czirak, to piwo „Nasze”. Nie popełnijcie tego błędu, nie warto. Wyjątkowo podły napój, którego nie dało się wypić w całości.

Zachód z widokiem na Karakol

Nocleg spędzam na wzgórzu, bo brzeg jest tutaj zabagniony. Niebo jest czyste i mam piękny widok na góry.

O poranku jadę dalej, mijam rosyjską bazę wojskową nad jeziorem. W wodach jeziora testowano i zdaje się, że nadal testuje, torpedy. Ponoć dlatego, że jezioro jest płytkie i długie, a po wystrzeleniu można torpedę wydobyć i zbadać. Stąd obieram kurs na Port Przewalsk.

Tyle zostało z portu Przewalsk

Z dawnego portu i nabrzeża niewiele zostało, głównie ruiny. Nic tu po mnie, ruszam do miasta, główną drogą. Napotykam market o nazwie „Karawana”, bardzo dobrze wyposażony. Potem zajeżdżam do baru, by coś zjeść i zastanowić się co dalej. Patrzę na booking.com, jest hostel o nazwie „Nice”. Cena też jest „Nice”, 5 dolarów za łóżko, także decyduje się zostać tutaj dzień lub dwa.

Hostel ma dosyć dobre warunki, zrobiony po europejsku. Właściciel dobrze rozmawia po angielsku, odniosłem wrażenie, że prowadzi interes hobbystycznie. Na ścianie wisi spora mapa topograficzna z logiem Kumtoru, wypytuję się trochę o drogi. Aby zajechać do Enigliczka trzeba mieć pozwolenie. Ponoć było tutaj kilku rowerzystów, którzy robili trasę w pobliżu, taką, że nie trzeba pozwolenia, ale droga wedle ich opisu była strasznie dziadowska.

Jak to w hostelach, zawsze jest trochę ludzi do rozmowy, choć tłumów nie ma, bo już po sezonie. Jest jeden brodaty jegomość, z którym ucinam sobie pogawędkę. Dopiero po chwili orientujemy się, że obaj jesteśmy z Polski. Jutro okazuje się, że poniekąd wiem kto to, kiedy przyznaje się do autorstwa całkiem poczytnego bloga Kawa i Rakija. Wybraliśmy się razem na krótkie zwiedzanie miasta.

Czas teraz zadecydować, co dalej. Wjeżdżać wysoko w góry już ochoty nie mam, ale dalej zostało mi 3 tygodnie do wylotu. Postanawiam powłóczyć się po cieplejszych miejscach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.