Na ostrym kole

Na ostatni dzień zostało mi 80 kilometrów. Jeszcze tylko wstąpię na śniadanie do przydrożnego baru w Huarina i mogę ruszać. Pierwsze kilometry jedzie się dobrze, to szeroka dwupasmówka. Jednak im bliżej La Paz, tym robi się gorzej. Czemu?

Stara część La Paz znajduje się w głębokiej dolinie. Stopniowo została ona całkowicie zabudowana, a przedmieścia zaczęły wylewać się na poziom płaskiego Altiplano. Jako, że prawo budowlane i jakaś kontrola nad tym, czy to na czym budujesz, jest twoje, w zasadzie nie istnieje. W ten sposób powstała część aglomeracji zwana El Alto. Najpierw powstały budynki, a teraz przebudowuje się ulice, aby pomieścić powstały ruch. Główna arteria powoli dostaje 5 pasów w każdym kierunku, ale to nie rozwiąże żadnego problemu komunikacyjnego. Czemu? Bo kierowcy w Boliwii to najwięksi debile jakich miałem okazję spotkać.

El Alto i niebieska linia teleferico

Żeby nie być gołosłownym w przytoczonym sformułowaniu, powiem tyle, że jeździ się gorzej niż po Ułan Bator. To jest już pewien wyczyn, by przebić mieszkańca stepu w kulturze jazdy. Najbardziej zaleźli mi za skórę kierowcy colectivos, czyli ichnich marszrutek. Większość zatorów generuje właśnie ich głupota. Wysadzenie pasażerów na środku drogi? Spoko. Tak samo wpuszczanie nowych, punkt zatrzymania jest nieistotny. Reszta pasów musi się zatrzymać, by nie przejechać pasażerów. Światła? Najlepiej poczekajmy na nich, a zatrzymajmy się tuż za nimi, by wysadzić ludzi. Aby dobić poziom, część ulic El Alto zamienia się w targowisko. Oczywiście transport dalej działa. Nawet z rowerem się nie przeciśniesz, choć szybciej idzie się z pieszymi, niż jedzie za tymi debilami. Chciałbym, aby kiedyś wybrała się tutaj ekipa rosyjskiego „StopCham”, z kilkoma krewkimi karkami na pokładzie, która ręcznie wytłumaczyłaby zasady ruchu. Jak będzie zbiórka w internecie, to dajcie znać, sypnę parę groszy.

Mieszkanie Cristiana jest w starej części La Paz, muszę zjechać w dół. Jeszcze tylko kawałeczek i jest, wjeżdżam na nową drogę szybkiego ruchu. Tutaj nie ma zatorów z colectivos, bo pasażerów nie wysadzi się na barierki. Za to zjazd na ostrym kole jest karkołomny. Pomimo maksymalnego przełożenia i tak muszę zjeżdżać na klamkach i pilnować, by nie przegrzać hamulców. Najbardziej męczące 500 metrów w dół. Jeszcze tylko muszę przepchnąć się przez korki w centrum i jestem na miejscu. Rower dojechał wraz ze mną. Cristianowi wspomniałem, że będę późno, więc jeszcze wpadam do knajpy coś zjeść.

Chwilę szukam wejścia do mieszkania. W końcu zauważam naklejkę z rowerem pod dzwonkiem. To chyba tutaj. Cristian podaje swoją lokalizację dopiero na maila, to taki rodzaj zabezpieczenia przed niechcianymi gośćmi. Otwiera mi drzwi Kanadyjka i pomaga z wniesieniem roweru do „schowka”. Trafiam na moment, kiedy ekipa wraz z Cristianem zbiera się na wyjście w miasto. No to jedziemy!

Mam pierwszy raz okazję skorzystać z teleferico, czyli kolejki linowej mającej rozwiązać problemy komunikacyjne miasta. Kolej została zlikwidowana dawno temu, metra pod górę budować się nie da, a obecne drogi są zapchane i nie ma miejsca na nowe. Można budować tylko ponad. Bilet nie jest drogi, coś około 1,5zł za odcinek. Aby dojechać do dolnej części miasta trzeba skasować dwa odcinki. Problem w tym, że nie ma „miesięcznych”, więc to raczej opcja dojazdowa dla bogatych na tutejsze warunki. Ciekawostką jest możliwość zabrania roweru, kasuje się bilet podwójnie i można wchodzić do kabiny ze sprzętem. Jest to pewna opcja na niewygodny dojazd rowerem, ale przejazdu przez El Alto i tak się nie uniknie.

Przy okazji, od znajomego Cristiana dowiaduję się kilku rzeczy. Jest ekspertem od ochrony środowiska, studiował w stanach. La Paz nie ma wielkiego problemu ze smogiem, bo korzystny układ wiatrów przewietrza miasto, to z płynnymi zanieczyszczeniami jest inaczej. Cała rzeka, która przepływa nam pod stopami to jeden wielki ściek, który spływa z miasta do dżungli.

Jeszcze kawałek spaceru i jesteśmy na miejscu. Docieramy na miejsce, do hipsterskiej knajpy prowadzonej przez brata Cristiana. Szeroki wybór piw kraftowych i dobra kawa. No i jak tu odmówić sobie boliwijskiego barley wine? Siedzimy sobie i gadamy, ale będą dodatkowe atrakcje. Przechodząca burza odcina miasto od prądu. Blackout ponoć nie zdarza się tu często, ale na dobre pół godziny siedzimy przy świeczkach.

Czas na powrót, ekipa rozchodzi się w swoje strony. Wracamy do Casa de Ciclistas przy pomocy Colectivos, o tej porze teleferico już nie kursuje. Dobrze, że ktoś inny pilnuje, gdzie wysiadać, bo jeszcze nie ogarniam rozkładu La Paz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.