Na ostrym kole

Stare centrum miasta

W przerwie od spraw sprzętowo-utrzymaniowych można skorzystać z dobrodziejstw dużego miasta. Nie mam dużych potrzeb bytowych, starcza mi kawałek podłogi. Za to lubię wydawać pieniądze na dobre jedzenie, a tego tutaj mam pod dostatkiem. Jest dobra pizzeria, z nietypowym sposobem serwowania. Pizze piecze się na połówki, najpierw podają jedną, a gdy ją skończysz, wjeżdża gorąca druga część. Ciekawe rozwiązanie. Jest też sporo Parrillas, czyli knajp z pieczonym mięchem. Można zjeść dobrego steka za niewielki pieniądz. Udało mi się też znaleźć włoską knajpę, gdzie serwowali Parmigianę, czyli zapiekankę z bakłażana i pomidorów. Miła odmiana.
Był jeszcze jeden jasny punkt, blisko Casy jest też wytwórnia donutów. Świeże, jeszcze ciepłe, są genialne.

Podczas odpoczynku w La Paz można też nadrobić zaległości socjalizacyjne. Większość czasu przesiaduję z Chińczykiem Su, który ruszył długi czas temu z Alaski. W La Paz siedzi, bo czekał na wizę do Argentyny. Niestety, tejże nie otrzymał, czego nie mógł przeboleć. Bez tego ciężko jest dojechać do Ushuaia.
Cristian wyciągnął nas na wspólny przejazd po mieście. Będę miał dobrą okazję, aby przetestować rower. Cristian od paru lat organizuje w La Paz maraton, mniej lub bardziej oficjalnie. Z błogosławieństwem władz miasta albo bez. Ruszamy rowerami na trasę biegu, aby udokumentować przebieg i punkty kontrolne. Jedzie też z nami jeden dziwniejszy turysta, Matt z USA. Jest triatlonistą i przyjechał tu potrenować dla tzw. „legalnego dopingu”, czyli zwiększenia liczby czerwonych krwinek na dużych wysokościach. Jego karbonowy KTM nieco rzuca się w oczy, gdy jedziemy przez bardziej zadupiaste dzielnice.

Wigilia w Casa de Ciclistas

W La Paz zostaję aż do wigilii. W Casa de Ciclistas będzie wtedy całkiem tłoczno. Będą Niemcy, Jana i Jan, którzy wrócili z wycieczki do Uyuni. Ponoć Salar był jeszcze suchy. Będzie też kolejny Chińczyk – Timur oraz Argentyńczyk z Cordoby. Każdy przygotuje coś swojego, choć z tradycyjnymi daniami wigilijnymi nie będzie to miało nic wspólnego. Z rzeczy przypominających polskie święta, Su znalazł na targu mandarynki. Skóra zielona, ale smakowały jak te, które sprowadza się do Polski. Można też spróbować boliwijskiego wina, które o dziwo nie jest najgorsze i zakąsić Panettone. Nie siedzimy długo, Niemcy rano mają samolot do Patagonii, a i ja mam ochotę wyjechać z miasta. Czas zapoznać się z Boliwią z innej strony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.