Północna droga

Ustawiam budzik na chwilę przed wschodem, żeby przejechać jak najwięcej w chłodzie. Wyszedłem z namiotu, by cyknąć fotkę i uwieczniłem taki obrazek.

Budzisz się rano, a tu wielbłąd

Skąd się wzięły wielbłądy, pojęcia nie mam. Do Ulaangom zostało 90 kilometrów.
Temperatura znowu szybko dobija do wysokich poziomów, a jazda po piachu jest coraz cięższa. Prędkości rzędu 10 km/h i mnóstwo kontrowania kierownicą, żeby nie wylecieć z siodła. Z daleka widzę budyneczek, do którego się skierowałem. Jest to studnia dla zwierząt, ale nie działa bez prądu (ucięty kabel). Przynajmniej można przytulić się do ściany i mieć chwilę cienia podczas posiłku.

Trochę przeliczyłem się z wodą, jedna butla wyleciała mi gdzieś w piach, a ze dwa litry poszły przez motocyklistów, więc jadę na oparach. Na szczęście woda pokazała się wcześniej. Wody rzeki Teeliin są używane do nawadniania pól. Wrzucam zasoloną kurtkę i nogi do wody, jaka ulga.

Woda!

Odpalam filtr i odnawiam zapasy wody, mogę jechać dalej.
Za mostem, niespodzianka, jest asfalt! Ostatnie 10 km do miasta można przejechać dosyć szybko, to ledwo dwa większe pagórki. Po przejechaniu pierwszego przestaje pedałować, a tu łańcuch zaczyna szaleć. O kurna! Mam problem. Przez całą pustynię nie zdarzyło się, żebym jechał bez kręcenia korbą, więc dopiero teraz czuję, że wolnobieg nawala.
Przejechałem się trochę po mieście, zlokalizowałem market i uzupełniłem zapasy. Zaopatrzyłem się też w piwo, ale pani przy kasie na początku coś kręciła nosem, a potem wyciągnęła grubą, nieprzezroczystą torbę i do niej wrzuciła butelki. Czyżby prohibicja? Żadnego meczetu tu nie widziałem.

Wróciłem na nocleg nad rzekę, początkowo w pobliże mostu, ale gdy zauważyłem imprezowiczów, zwinąłem się w bardziej ustronne miejsce, zielony plac z pozostałościami rozbitej jurty.

Następnego dnia obudził mnie deszcz. Dzisiaj nie jechałoby się tak łatwo. O ile po luźnym piasku jeździ się źle, to po mokrym piasku jedzie się fatalnie.
Niebo zakrywały ciemne chmury, więc postanowiłem się nigdzie nie ruszać. Leżałem, odpoczywałem, słuchałem muzyki. No i oczywiście zerknąłem co z kołem. Oś była lekko skręcona, wyjąłem ją z bębenkiem. Łożysko w korpusie od strony bębenka ma luz. Dalsza jazda może oznaczać kolejno, niszczenie przekrzywionego bębenka, uszczelek, zaciąganie łańcucha, pokrzywienie przerzutki, połamanie szprych, a najpewniej wszystko na raz. Coś z tym trzeba będzie zrobić. Tak czy siak zmieniam łańcuch, bo dalsza jazda na dotychczasowym (po ponad 5 tysiącach kilometrów), będzie oznaczać, że następnego już nie uda się wrzucić na zębatki.

Następnego dnia pogoda wróciła do normy

Następnego dnia pogoda wraca do słonecznej normy. Przy jeziorze Uvs jest bardzo gorąco. Przy czystym niebie widać już pierwsze lodowce w Ałtaju.

Wracam do miasta i robię rekonesans, kręcąc się po wszystkich uliczkach i szukając sklepu z rowerami (hehe) lub czegoś, gdzie można kupić części. Przy jednej z ulic, blisko bazaru, jest mnóstwo warsztatów. Zdejmuję graty, odpinam koło i wyjmuję oś. Przyda mi się jeszcze notatnik i długopis, by ograniczyć rozmowy na migi. Koło pod pachę i idę na bazar. Odwiedzam każdy kantorek z metalowymi pierdołami, w poszukiwaniu łożysk. Znajduję nawet jedno miejsce, gdzie gość ma wystawkę z łożyskami, dużo rozmiarów, ale akurat nie te, które szukam. Idę dalej niezrażony, aż w końcu jeden gość się mną zainteresował i zaczął mnie prowadzać po wszystkich znanych mu przybytkach. Niestety, niczego nie znaleźliśmy. Udał się ze mną do warsztatu zobaczyć resztę sprzętu. Pokazywał na migi, że najprędzej dostanę to jak przejadę do Ruskich. Tylko co z tego, skoro wizy nie mam.

Główna arteria

Nasmarowałem bębenek, by ograniczyć jego zużywanie i poskładałem graty. Niczego więcej nie mogę już w Ulaangom zorganizować. Udałem się do kafejki z internetem by poszukać rozwiązań. Wszystkie są kiepskie.
Niby w piaście mam 4 łożyska, więc teoretycznie mógłbym je ze sobą zamienić miejscami. Tylko takie uszkodzone łożysko zwykle rozpada się przy wyjmowaniu, więc ryzyko jest zbyt duże.

Zachodnia Mongolia to zadupie, a przesyłki kurierskie nie istnieją. Wycieczka po łożyska do Ułan Bator to trzy dni w każdą stronę, przy dużym ryzyku, że tam nic nie znajdę. Mogłem też skrócić drogę, jadąc prosto do Hovd, a następnie do Chin. No, ale przecież ja jadę w Ałtaj, wycofać się będąc tak blisko? Postanawiam mimo awarii jechać dalej, biorąc ze sobą większe zapasy, na wypadek rozkraczenia się roweru gdzieś po środku niczego.
Zajeżdżam do sklepu, tym razem wszystkie alkohole są zabrane z półek. Na szczęście ostało się jakieś piwo w lodówce, pokazuje kasjerce torebkę. Po krótkich negocjacjach dało się je zakupić.

Ostatnie spojrzenie na miasto i ruszam dalej, bo słońce chyli się ku zachodowi i można jechać w normalnej temperaturze. Wyjeżdżam kilkanaście kilometrów za rogatki, mijając nowe lotnisko. Zaczyna wiać i szykuje się na burzę, więc bunkruję się za nasypem drogi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.