Przez kaniony i góry

Koniec asfaltu

Rano w Alca dalej ciemno, ze względu na zasłonę ze ścian kanionu. Po śniadaniu ruszam już mniej porządną, ale dalej przejezdną dla normalnych pojazdów drogę. Będzie sporo podjeżdżania, a także typowej kolejki górskiej góra-dół. Droga nie jest zbyt szeroka, ale również niezbyt tłoczna.

Ściany kanionu

Odbijam kawałek do ostatniej miejscowości do której dojeżdża transport publiczny, Puyca. Chwilę się kręcę w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na obiad. Trafiam do jadłodajni dla miejscowych. Kucharka jedną ręką nakłada posiłek i miesza w garnkach, a w drugiej niańczy dzieciaka. Co za multitasking. Dzisiaj tradycyjne peruwiańskie danie, czyli flaki z warzywami. Gdy po prostu prosisz o obiad, zawartość talerza zawsze będzie zagadką.

Odcinek za Puyca, gdzie duże pojazdy już nie jeżdżą

Za Puyca normalna droga się kończy, a zaczyna się podjazd po ścianie kanionu. Momentami jest ciężko i trzeba podepchnąć dłuższy odcinek. Docieram na 4100, aby ponownie zjechać w dół. Słońce w głębi kanionu zachodzi wcześniej.

Wgłąb gór

Na dole znajduję perfekcyjne miejsce na nocleg, trawka przy huczącej rzece. Co prawda spomiędzy skał wycinek nieba nie jest zbyt duży, ale gwiazdy widać wyraźnie.

Miejscówka noclegowa pomiędzy ścianami

Pora wyjechać z kanionu. Przede mną jeszcze trochę drogi, most na drugą stronę i ostatnia wiocha przy rzece Cotahuasi. W wiosce jestem wcześnie, może śniadanko? Jest jedno obiecujące miejsce, prowadzi mnie tam gromadka dzieciaków. Jednoizbowa kuchnio-jadalnia. Co dziś w menu? Smażony pstrąg z ryżem. Fanem ryb nie jestem, ale ten był bardzo smaczny. Pstrąg to nie jest rodzima ryba w Peru, ale introdukowana. Ciekawe gdzie go hodują, może w tym zbiorniku nad wioską?

Wyjeżdżam ponad kanion

Stromizny kanionu się kończą, ja stoję przed wyborem drogi. Jest kilka wariantów, ale nie kombinuję, tylko wybieram ten ze śladu na bikepacking.com.

Górny bieg Cotahuasi

Nie jest to najbardziej uczęszczana droga. Przypadkowo odbijam też w nieużywany fragment, z którego da się zjechać już tylko na przełaj. Kolejny raz przekraczam rzekę Cotahuasi i mam kolejny odcinek w górę. Jest też fragment luźnych kamieni, który nadaje się wyłącznie do pchania. Spaceruję sobie po tym gołoborzu i widzę jakąś dziewczynę nawijającą przez telefon. Przyszła tutaj, bo lepszy zasięg? Nie wiem kto był bardziej zdziwiony tym spotkaniem. To raczej mało przyjemne miejsce na posiadówkę. Strumienie wody są tutaj z soplami lodu, a to ta cieplejsza część roku.

Jakoś mam stracha, by się tutaj bardziej rozpędzać

Zjazd jest całkiem przyzwoity, ale jakoś mam stracha bardziej się tutaj rozpędzić. Droga profilu prawie nie ma, jest odczucie wypadania na zewnątrz. Na końcu, w dolinie, jest mini wioska, której większą część zajmuje szkoła. Nie wiem kto tu przychodzi na zajęcia, wszystko wygląda na zabite dechami. Jadę jeszcze dalej w głąb doliny, póki nie zajdzie słońce. Wysokość 4600m.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.