Przez kaniony i góry

Został jeszcze jeden kanion i jestem w mieście Antabamba. Ciekawy jest dojazd od tej strony, roślinność nasadzona tak, jakby się wjeżdżało do parku. W samym mieście lekki bajzel i zero turystów. Za to jest internet komórkowy i mogę powiedzieć rodzinie, że w dalszym ciągu żyje.
Próbuję uzupełnić zapasy, najpierw te podstawowe, żywnościowe. W sklepach jest w końcu trochę więcej niż makaron, ciastka i stare bułki. Ludzie też są inni, jest tutaj więcej rdzennych mieszkańców. Jak to powiedział sprzedawca pozdrawiając mnie, witamy wśród ludzi Quechua.

No dobra, jedzenie jest, ale jakby przyszło mi do głowy gotować, to i tak nie mam na czym. Jak tu kupić paliwo? Nie jest to takie proste. Najpierw sam próbuję znaleźć, potem jakiś facet widząc, że sobie nie radzę chodzi ze mną i wypytuje po sklepach. Tutaj nie ma stacji benzynowej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jak się okazuje, paliwem handlują jeden zakręt za miastem, w małym budynku pełnym baniek, przed którym stoi mała cysterna. W cysternie siedzi pani sprzedająca wachę. Dzień dobry, można kupić litr benzyny? Cóż, będzie problem, bo tu się kupuje na galony. Ile litrów jest w galonie? No 3 z kawałkiem. Pani nie specjalnie mi wierzy, wypytuje następnego klienta w kolejce. Trochę się to przeciąga, więc chętnie zapłacę za cały galon, a wezmę litr. Nie no, tak nie można, po dłuższej chwili zastanowienia i zaawansowanych obliczeń zostanie mi nalany litr. Ileż to zabawy, aby uzupełnić butelkę. Ach ten wspaniały system imperialny.

Te rzeki to dopływy Amazonki

Zmęczony szukaniem paliwa, wracam jeszcze na chwilę do centrum, by zjeść obiad. Teraz droga w dół kanionu. Po drodze spotykam pierwszych sakwiarzy w Peru. Są z USA i też wjechali na tą samą trasę co i ja, tylko z przeciwnego kierunku. Wymieniamy się informacjami. Narzekają, że wszyscy są niemalże obrażeni, gdy dowiedzą się, że jadą tędy i nie mają najmniejszego zamiaru jechać przez Cusco, ani zwiedzać Macchu Picchu. Cóż, ja też się tam nie wybieram, więc lepiej się tym nie chwalić. No i też rozwalili piastę, SLXa, więc nie mogę się czuć ze swoimi problemami sprzętowymi wyróżniony. Lekkie zdziwienie budzi mój amortyzator na przodzie, który marketingowo jest passe, jako ciężki i awaryjny element. Za to teraz mi się przydaje, aby jazda w dół była przyjemnością. Poniżej 3000 metrów robi się już całkiem ciepło, można w nocy wygrzebać się ze śpiwora.

Poniżej 3000m jest już ciepło

Został mi już tylko krótki odcinek dziurawej drogi. Przejeżdżam przez wioski, więc zachodzę na śniadanie do małego budynku z bardzo niskimi drzwami. Warzywka na ciepło z ryżem, 5 soles. Taniej samemu nie zrobisz. Pożegnałem się i przechodząc przez próg, pierwszy raz przydzwoniłem głową w belkę nad drzwiami. Lekko zakręciło mi się przed oczami. Indianie zbyt wysocy nie są, także dzisiaj nieumyślnie przywalę się w głowę jeszcze dwa razy.

Już prawie przy głównej drodze

W końcu docieram do głównej asfaltowej drogi w kierunku Abancay. Na skrzyżowaniu parę sklepików, kupuję napój z lodówki i słodką bułkę. Pani pyta gdzie jadę i dziwi się, że nie do Cusco. Cholera, mieli rację.
Ruch nie jest zbyt duży, a droga prowadzi lekko w dół. Robi się coraz cieplej, a klimat ewidentnie się zmienia. W przydrożnych ogródkach rosną na przykład banany.

Góra Ampay nad Abancay

Zjeżdżam na wysokość 1800, dawno nie byłem tak nisko. Jednak samo Abancay jest wyżej, na około 2400. Kalkulując, że dzisiaj na luzie to podjadę, rezerwuję z telefonu nocleg w mieście i powoli ruszam w górę. Zanim jednak znajdę się w centrum, muszę przejechać przez wszystkie pierdolniczki. Na początek jest spokojnie, destylarnie trzciny cukrowej i sprzedaż ichniego bimbru. Potem dzikie zabudowania. Tutaj obskakują mnie psy (a nadal jestem na głównej drodze). Pani czekająca na autobus pokazuje jak się profesjonalnie odgania psy w Peru. Otóż należy w nie rzucać kamieniami. Nie trzeba trafiać, czasem wystarczy tylko zamarkować rzut, a zaczynają spieprzać. Potem testowałem tą taktykę jeszcze wiele razy.
Następnie na drodze zaczynają się warsztaty, myjnie, sklepy budowlane. Generator korków na całego. Dodatkowo miasto w centrum jest rozkopane, bo przebudowują kanały burzowe. Kiedy w końcu docieram do hotelu, jestem wypruty. No, ale dawno nie zrobiłem ponad 100km w ciągu dnia. Czas odpocząć i przemyśleć dalszą trasę, kalendarz jest nieubłagany.

W mieście panuje lekki pierdolnik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.